Najwyższy czas nieco się zaktywizować…

Nie było mnie tu chyba ze 3 tygodnie. Miałam przymusowe „wakacje” w szpitalu z młodszym synem. Niestety choroba nie chce dać o sobie zapomnieć i musieliśmy stawić czoła kolejnemu jej rzutowi. Liczyłam się z nawrotem, miałam jednak cichą nadzieję, że nie nastąpi to w najbliższym czasie, a okres remisji będzie przynajmniej dwu letni (i tak pobiliśmy rekord, bo przez 1 rok i 3 miesiące mogliśmy cieszyć się zdrowiem).

Pobyt w szpitalu jak zawsze był frustrujący, ale tym razem (miałam dużo czas do rozmyślań) doszukałam się w nim kilku dobrych stron. Przede wszystkim nie musiałam chodzić do pracy, nie musiałam martwić się o gotowani i zakupy, wysypiałam się, nadrobiłam zaległości w lekturach i zaliczyłam masę poziomów w Angry Birds. Niestety byłam odcięta od świata wirtualnego, nad czym bardzo ubolewałam. Internet w komórce skończył mi się pierwszego dnia, a w szpitalu nie ma otwartej sieci, z której można by korzystać.

Wracając jednak do pozytywów pobytu w szpitalu. Czytałam bardzo dużo nie tylko sobie, ale również synkowi, wspólnie rysowaliśmy, wycinaliśmy, lepiliśmy („otworzyliśmy” fabrykę telefonów komórkowych ;-) ), tworzyliśmy prace z bibuły, papieru kolorowego i rolek po papierze toaletowym, kolorowaliśmy, graliśmy w gry planszowe, domino czy memory. Paradoksalnie, dzięki pobytowi w szpitalu mogłam aktywniej spędzić czas z dzieckiem aniżeli w domu. Mieliśmy bardzo dużo wolnego czasu, który postanowiliśmy spożytkować twórczo i aktywnie. W domu zawsze staje człowiekowi coś na drodze, a to gotowanie, a to sprzątanie, a to zakupy, pranie, czy zmywanie.

Na oddziale są dwie świetlice dla dzieci. Rano dwie panie, robią ze starszakami lekcje lub wymyślają im zajęcia plastyczno-techniczne. Nie było problemu żebyśmy i my w nich uczestniczyli. Dostaliśmy nożyczki, bibułę, tekturki, klej i wszystko czego potrzebowaliśmy. Dodatkowo przychodzili na oddział przeliczni wolontariusze. Praktycznie każdego dnia były jakieś zajęcia dla małych pacjentów. Robiliśmy kwiatki z bibuły, było malowanie twarzy, robienie czapek pirackich, śmiechoterapia, zabawa z balonami, z których powstawały miecze, pieski, kwiatki i inne cuda. Przychodzili śpiewacy uczyć dzieci piosenek, pojawił się klaun robiący sztuczki. Można było poczuć się tam jak na wczasach z programem kulturalno-oświatowym.

Jak widać w szpitalu w cale nie jest tak źle, a potrafi być nawet wesoło. O tym, że moje dziecko czuje się tam doskonale świadczy fakt, że nie lamentuje słysząc informację o konieczności udania się na oddział. Jemu szpital kojarzy się z szaleństwami i zabawą, zawieraniu nowych znajomości, oglądaniu bajek na laptopie i graniu na konsoli. Na wieść o wypisie do domu pojawiają się łzy, rozżalenie i kategoryczny sprzeciw.

W całej tej, jakby nie było niemiłej historii, pojawił się jeszcze jeden olbrzymi pozytyw, który niezmiernie mnie ucieszył. Mój mąż został zmuszony zająć się w 100% starszym synem. Musiał robić z nim lekcje, dawać jeść, czytać do poduszki, zawozić na zajęcia pozalekcyjne, przygotowywać kanapki do szkoły itd. Wszystko to sprawiło, że obaj zaczęli świetnie się dogadywać i mocno się zbliżyli. Mąż był wręcz dumny z tego, że musi pełnić tak odpowiedzialna rolę. Doskonale się w niej odnalazł. Nie mieli spięć, ani większych problemów. Mężowi udało się nawet przekonać syna do większej samodzielności, która nie okazała się być chwilową, o czym przekonałam się po powrocie do domu.

A oto nasza szpitalna twórczość :-)