Po raz kolejny przekonałam się, że prywatnie (czyt. odpłatnie) zdziałamy znacznie więcej, profesjonalniej i od ręki. Nie mam tu wcale na myśli wizyt u medyków, choć poniekąd o leczeniu będzie mowa, z tym że nie ciała a… duszy.

Pamiętam doskonale ile wysiłku i czasu kosztowało mnie znalezienie psychoterapii refundowanej przez NFZ. Nie chcąc faszerować się psychotropami bardzo zależało mi na regularnych spotkaniach z psychologiem. Musiało upłynąć kilka miesięcy, kiedy w końcu trafiłam do przychodni gdzie mi to umożliwiono. W okresie „poszukiwań” najbardziej uderzył mnie fakt, że nikt tak na prawdę nie chciał mi pomóc i wysłuchać (począwszy od rejestratorek). Kiedy wędrowałam po kolejnych gabinetach psychiatrycznych słyszałam tylko teksty typu „to rano, to w południe, a to na sen. Widzimy się za miesiąc”. Szukałam zatem kolejnych specjalistów i czekałam w kilkutygodniowych kolejkach, żeby usłyszeć podobną śpiewkę. W jakimś stopniu zrozumiałe były dla mnie limity NFZ-tu i konieczność czekania na wizytę, ale obojętność lekarzy i brak chęć pomocy z ich strony były szokujące. Czułam się bezradna, tygodniami nie wiedziałam gdzie i jak szukać pomocy. Wszędzie słyszałam że nie ma miejsc, nie wiedzą kiedy będą, trzeba czekać itp. Nikt nie był wstanie powiedzieć mi jak dostać się do psychologa. Najpierw kazali udać się do psychiatry, a ci robili wrażenie jakby ta działka ich nie dotyczy. Byłam załamana, ale i zdesperowana! Któregoś razu w rejestracji ogłosiłam, że nie wyjdę dopóki nie uzyskam pomocy i informacji, gdzie i jak załatwić wizytę u psychologa. Wśród oburzonych rejestratorek znalazła się jedna, która zechciała mi pomóc. Niemalże w ukryciu przekazał mi adres placówki, w której wedle jej wiedzy były wolne limity NFZ. Trzy tygodnie później rozpoczęłam w tamtym miejscu terapię. Szczęśliwie trafiłam na terapeutkę, która nie zasłaniała się limitami i nie reglamentowała z góry liczby wizyt. Chodzę do niej do dziś.

Podobnie, jak nie gorzej, sprawa rysuje się w temacie terapii małżeńskiej. Mam wrażenie, że na tym polu wygrać mogą jedynie pary z zasobnym portfelem. Koszt wizyty to minimum 120 zł, żeby terapia przynosiła efekty należy odbywać ją raz w tygodniu, czyli 4 razy w miesiącu. Musiałabym zatem wygospodarować z domowego budżetu blisko 500 zł, plus doliczyć koszt opiekunki ok. 150 zł, która w czasie sesji zaopiekuje się dziećmi. Taka opcja jest dla mnie nie do przyjęcia.

Pozostaje szukać pomocy gdzie indziej, ale gdzie? Od tygodni pytam, dzwonię, wertuje internet. Nikt nic nie wiem, albo każą czekać bo może ruszy program finansowany przez miasto. Kiedy? Nie wiadomo. Wczoraj udało mi się ustalić, że program ruszył, ale… Zapisy są tylko 1 dnia miesiąca, przyjmowane są 3-4 pary, ale to nadal nie oznacza, że rozpoczynają terapię. Należy czekać jeszcze 3-4 miesiące aż terapeuta zadzwoni i umówi się na spotkanie w przyszłości. Później wizyty odbywają się ponoć raz w miesiącu.

Ja nie wiedząc czy i kiedy ruszy program finansowany przez miasto, szukałam innego rozwiązania. Okazało się, że jest możliwość korzystania z terapii małżeńskiej w ramach usług NFZ. Nie bardzo wiem jak to możliwe, bo jaką jednostka chorobową mogą być kłopoty rodzinne i kłótnie z partnerem? Nie ważne, ważne że coś drgnęło, jest dla nas jakaś szansa. Zatem w październiku poszliśmy na pierwsze spotkanie, ale kolejne odbyło się dopiero po 6 tygodniach, na grudzień wcale nie udało się znaleźć wolnego terminu!!! Jaki zatem sens mają takie „terapie”? Mijają się one z celem, czego świadomość mają sami prowadzący.

Nasza kolejna sesja ma odbyć się za 2 tygodnie, ale czy dotrwamy? Coraz bardziej w to wątpię. Wiem też na pewno – bez pieniędzy i prywatnej terapii moje małżeństwo nie ma szansy przetrwać!