Coraz częściej dopadające mnie stany depresyjne naprzemiennie z wybuchami agresji kazały mi, po raz kolejny, udać się po pomoc do fachowca. W efekcie rozlicznych rozmów z psychologami, koleżankami, terapeutami, w końcu też z psychiatrami, doszłam do wniosku że jednym z zasadniczych powodów mojego podłego samopoczucia jest totalny brak czasu dla siebie.

Od lat funkcjonuje jak robot, zaprogramowana maszynką która ma „służyć” innym. Być wzorową matką i oddana żoną, prowadzić perfekcyjnie dom, zajmować się wychowywaniem dzieci i przy tym pracować na pełen etat. Mąż wraca późnym wieczorem, więc nie może mnie odciążyć w obowiązkach domowych i opiece nad dziećmi,  nie mam możliwości przysiąść na 5 minut i odetchnąć, a co dopiero wygospodarować czas na jakąś odskocznię i zajęcie się tylko sobą.

Zawsze wydawało mi się że jestem skazana na takie funkcjonowanie, nie zastanawiałam się nad możliwością zmiany, a jakiekolwiek próby zwrócenia uwagi męża na mój problem zawsze kończyły się stwierdzeniem typu „i co ja mam na to poradzić, zwolnić się?”. Przestałam zatem podejmować najmniejsze ruchu w kwestii zmiany trybu życia. Umęczona, znerwicowana, sfrustrowana i coraz częściej zapłakana starałam się pogodzić z losem i szukać pozytywów w moim życiu (dzieci, … ???) .

W końcu miarka się przebrała! Po jednej z ostatnich wizyt u psychologa dotarło do mnie że należy coś z tym zrobić, że dłużej tak nie dam rady funkcjonować, że cierpię nie tylko ja ale przede wszystkim moje dzieci, bo to na nich coraz częściej rozładowuje swoje frustracje. Kiedy to wszystko do mnie dotarło dopadł mnie totalny dół i bezradność. Moje rozżalenie wynikało zarówno z tego że w końcu zrozumiała problem, ale także z tego, że nadal nie wiedziałam jak wygospodarować tą godzinę w tygodniu tylko dla siebie. Dostałam takie zadanie domowe od psycholożki i to rozłożyło mnie totalnie – jak ciężko jest znaleźć 1 godzinę w tygodniu tylko do swojej dyspozycji!!!

Po rozmowie z mężem doszliśmy do wniosku, że postaramy się temu zaradzić. Tu należą się pochwały mojemu mężowi, bo to on podjął temat i jako pierwszy zaczął szukać rozwiązania, ja byłam zbyt dobita i początkowo nawet nie chciało mi się opowiadać mu w czym tkwi problem. Stanęło na tym że mam 1-2 wieczory w tygodniu (od poniedziałku do piątku), dla siebie. Do tej pory też nikt mi nie bronił wyjść, jednak świadomość tego że po powrocie mam jeszcze zajmować się obowiązkami domowymi skutecznie mnie od wszelkich aktywności zniechęcała. Tym razem mąż obiecał że przejmie na siebie wszelkie zadania, a ja po powrocie nie będę miała nic na głowie. Postanowiłam wykupić sobie karnet sportowy i zacząć chodzić na fitness w każdy wtorek i co drugi czwartek (z racji tego że mąż ma swoje spotkania towarzysko-kulturalne w czwartki, zatem padło że będziemy się wymieniać).

Innym moim postanowieniem, ku temu aby mieć coś swojego, gdzie będę mogla się wyłączyć, zatracić czy odreagować, jest blog.  W tym przypadku również aktualne pozostają ograniczenia czasowe, postaram się jednak pisywać regularnie. Jakiś czas temu dotarło do mnie, że pisanie jest jedna z tych rzeczy, która sprawia mi przyjemność (może warto się na tym skupić i pielęgnować?). Może nie zawsze wychodzi mi to najlepiej, ale lubię to i staram się szlifować swój warsztat (choćby z racji aspiracji zawodowych).

Ostatnim pomysłem na siebie jaki mi się marzy to czytanie książek. Nigdy nie należałam do ich fanów, wręcz przeciwnie – unikałam jak ognia. Jakiś czas temu jednak sięgnęłam po jedną lekturę, później po kolejną i mocno mi się to spodobało. Przeczytałam ostatnimi czasy kilka pozycji jednak jak zwykle na co dzień nie mam na to kompletnie czasu (przeczytane książki pochłonęłam w szpitalu). Mam jednak nadzieję że uda mi się wygospodarować co jakiś czas parenaście minut i zatracić się w lekturze. Na pierwszy ogień idzie najnowsza pozycja Marka Krajewskiego!

Teraz pozostaje mi wytrwać w moich postanowieniach i faktycznie skupić się nieco na sobie!