Moją uwagę przykuwają ostatnio teksty na temat dobrych, wyrozumiałych, troskliwych, wspierających mężów. Piękne są opisy takich zgodnych małżeństw i wzruszają za pewne każdego, na mnie działają w szczególności. Nie pamiętam już, kiedy mój mąż mnie wysłuchał, zrozumiał, wsparł, pomógł uporać się z problemem. Przestałam już nawet na to liczyć. Wiem, że kiedy przyjdę np. wyżalić mu się z kłopotów w pracy dostanę większy ochrzan niż od szefa. Zostanę sprowadzona do parteru, wyśmiana i poniżona, a mój mąż z całą stanowczością poprze stanowisko przełożonego. Przykładów takich mogłabym mnożyć dziesiątki.

Boję się kiedy do mnie dzwoni, kiedy wraca do domu, kiedy muszę o coś zapytać. Jedynie „znieczulenie się” alkoholem pozwala mi na bezstresowe przebywanie w jego towarzystwie. W jego oczach jestem nic nie wartą idiotką, której nie warto słuchać ani oglądać. Zapowiedział, że mnie zniszczy, zabierze wszystko i zmusi do podpisania oświadczenia o nie roszczeniu sobie żadnych alimentów. Po raz pierwszy poważnie się przestraszyłam. Wiem jaki wyrachowany i bezwzględny potrafi być. Kiedyś mi to nawet imponowało, ale wówczas graliśmy w jednej drużynie. Teraz się go boję i… ze strachu spotulniałam – przystałam na jego warunki, tzn. nie robię nic. Nie odzywam się, nie pytam, niczego nie oczekuję. W przeciwnym razie mogłabym zostać bez dachu nad głową, w domu samotnej matki, z głęboką depresją czy nerwicą. On doskonale wie o tym, że jestem zbyt słaba psychicznie żeby z nim walczyć. Ma świadomość tego, że wszelkie tarcia mogłyby poważnie odbić się na moim zdrowiu. Tym bardziej to wykorzystuje i trzyma mnie w szachu. Zapowiedział że nie pozwoli mi na rozstanie pokojowe, na tzw. moich warunkach.

Następnego dnia wycofał się ze swoich gróźb, zapewniał że nie zrobi tego co zapowiadał. Ale czy na pewno? Teraz już nie jestem tego taka pewna. A może to za sprawą moich wytoczonych gróźb? Postraszyłam go, że mam na niego haka… Bardzo się o niego dopytywał. Postanowiłam nic mu nie mówić, trzymać w niepewności, może to będzie moja polisa?

Z jednej strony nie biorę do siebie jego oskarżeń i poniżeń, myślę że nadal potrafię docenić swoją wartość i nie czuje się winna. Z drugiej strony niepokoi mnie moja zbytnia empatia. Dlaczego pomimo, że cierpię bardziej przejmuję się losem kogoś kto mnie rani? Kiedy opadają nieco emocje ja zaczynam go usprawiedliwiać i tłumaczyć. Zawsze pierwsza wyciągam rękę i staram się wyciszyć konflikt. Pierwsza dzwonię, zagaduję. Pomimo że on ucina i ewidentnie nie chce ze mną rozmawiać, dorzucając kilka dosadnych słów, ja za jakiś czas znowu podejmuje próbę porozumienia.

Być egoistką – dlaczego nie potrafię nią być? Tak bardzo chciałabym umieć myśleć więcej o sobie i własny potrzebach. Chciałabym wyłączyć na jakiś czas swoją zbytnią empatię i przestać myśleć o tym co czują inni, jak im przykro, źle i co poczną. Dlaczego zawsze myślę w pierwszej kolejności o innych, a dopiero na końcu o sobie?

Dlaczego zamiast myśleć o tym gdzie będę mieszkać i jak sobie poradzę po ewentualnym rozstaniu, bardziej zastanawia mnie gdzie on się podzieję i jak się utrzyma? Sama tego nie pojmuję. Dlaczego w stosunku do niego jestem taka… lojalna? litościwa? miłosierna? pełna współczucia? Sama nie wiem jak to nazwać.

Czasem porównuję siebie do ofiar przemocy albo żon alkoholików, które pomimo że cierpią nie odchodzą. Jest im źle, ale jednocześnie cały czas usprawiedliwiają sprawcę całego zła, wierzą że on się zmieni, że to ostatni raz. A on widząc bezsilność kobiety wie, że jest bezkarny i wcale nie zamierza nic ze sobą robić, bo ma jej przyzwolenia na takie postępowanie (przecież gdyby tego nie chciała to coś by z tym zrobiła). Tak samo jest ze mną.

Z jednej strony utopijna wiara, że on się w końcu zmieni, a z drugiej strony strach, cały czas trzymają mnie w tym bagnie i nie pozwala zacząć działać. Boję się, że nie poradzę sobie finansowo, że będę musiała się przeprowadzić, że przypłacę to zdrowiem, że odbije się to na dzieciach, że będę zupełnie sama.