Po raz pierwszy, odkąd prowadzę bloga, czuję potrzebę odniesienia się do napisanego wcześniej tekstu. Dwa dni temu na czołówce Onetu opublikowany został mój wpis 1:25 – oczekiwanie na cud. Nie muszę tłumaczyć jaki „ruch” zrobił się na mojej stronie. Nie wiem nawet kiedy stuknęło na liczniku 100 000 wejść (a jeszcze kilka dni temu chciałam taki wynik osiągnąć do końca roku :-) ). Dziękuję wszystkim, którzy do mnie zajrzeli i przeczytali tekst oraz tym, którzy pozostawili po sobie ślad w postaci komentarza.

To właśnie opinie, słowa, żale, pretensje i wspomnienia czytelników sprawiły, że poczułam nieodpartą potrzebę ustosunkowania się do nich oraz uzupełnienia wyjściowego tekstu.

Komentarze napływały w zastraszającym tempie, momentami przekraczającym moje zdolności percepcyjne. Udało mi się jednak zapanować nad sytuacją i przeczytać wszystkie wypowiedzi. Po raz pierwszy nie odpowiadałam na nie. Mijało się to z celem, ale także moimi możliwościami. Byłam mile zaskoczona ilością ciepłych słów, podejściem do tematu ze zrozumieniem oraz nie ocenianiem mnie, ba nawet stawaniem w mojej obronie. Bardzo cenne i wzruszające były wpisy od osób wychowujących chore dzieci.

Pojawiło się także (na co byłam przygotowana) kilka wypowiedzi osób, które nie tylko mają problemy z czytaniem ze zrozumieniem, ale także braki w kulturze osobistej. Osoby te obrażały nie tylko mnie, ale niektórych komentujących. Nazywano mnie przede wszystkim pustą egoistką, debilką i morderczynią dzieci. Jedna pani ostrzegała mnie nawet przed eutanazją jaką zgotują mi dzieci na starość – bardzo mnie to rozbawiło, podobnie jak tekst że „diabeł sieje całe zło”. Zadziwiającym jest fakt, że ocenianie mnie i innych komentujących firmowane było miłością bliźniego, głęboką wiarą i nauka Kościoła. Zatwierdzałam wszystkie komentarze, nawet w momencie, kiedy na blogu rozpętała się chamska pyskówka. Tylko jeden komentarz został usunięty.

Zdziwienie moje budzi fakt, nie zrozumienia przez niektórych czytających sensu tekstu, a w szczególności wyciąganie niczym nie uzasadnionych wniosków. W treści słowem nie wspomniałam o ewentualnej aborcji, ani nawet rozterkach z nią związanych. Nie wiem zatem skąd przekonanie o mojej chęci usunięcia ciąży, pozbycia się dziecka, czy zamordowania go. Z niektórych wypowiedzi można było wyczytać nawet, że faktu tego już dokonałam.

Moim nadrzędnym celem było ukazanie emocji, jakie towarzyszyły mi w tamtym trudnym okresie. Co czułam, co przeżywałam, jak rozpaczałam. Nie pisałam co bym zrobiła, a czego nie. Nie to było tematem mojego wpisu.

Nie chcę w ogóle poruszać tematu usuwania ciąży, czy jak wolą przeciwnicy aborcji zabijania dzieci. Jest to bardzo delikatna i indywidualna sfera życia, a żadnej kobiecie nie życzę stawania przed takim trudnym (jak nie najcięższym w życiu) wyborem.

Doszukując się źródeł moich emocji (odczuć, myśli) w opisanym okresie, doszłam do wniosku, że stosunek niektórych matek do dziecka w okresie płodowym i do dziecka, które trzyma, tuli, karmi może być różny. Wydaje mi się, że niektóre kobiety dopiero wraz z porodem zaczynają w pełni oddawać się dziecku. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich kobiet, ja jednak nie potrafiłam kochać swoich synów na równi w okresie drugiej ciąży. Dziecko, które nosiłam w sobie było dla mnie bardzo ważne, upragnione i kochane. Myślę jednak że była to inna miłość od tej, którą darzyłam starszego synka.

Padało wiele pytań o to jak zachowałabym się w sytuacji choroby dziecka już po porodzie, pojawiały się nawet stwierdzenia że zapewne oddałabym, uśmierciła itp.

Zapewniam wszystkich że NIE!

U mojego dziecka po porodzie stwierdzono wylewy dokomorowe II i III stopnia. Lekarka na korytarzu rzuciła tylko, że jest fatalnie i mam się przygotować na to, że dziecko będzie rośliną. Wówczas, drugi raz poczułam że umrę. I co… Pomimo totalnego załamania walczyłam, biegałam od lekarza do lekarza i oglądałam na USG te dziury w głowie. Rehabilitowałam synka i nie poddawałam się. Można by rzec, że stał się kolejny cud, bo moje dziecko zaczęło raczkować w wieku 9 miesięcy, chodzić tuż po pierwszych urodzinach, a mówić płynnie w okolicach 2 lat. Teraz inteligencją i sprawnością przewyższa swoich rówieśników.

To nie koniec jednak zdrowotnych perypetii tego malca. Po pierwszych urodzinach zaczął mieć straszne problemy gastrologiczne. Padło podejrzenie że może być to mukowiscydoza. To zaczynało mnie już przerastać, zwłaszcza że nie potrafiono znaleźć faktycznej przyczyny złego stanu zdrowia. Miałam wrażenie, że lekarze boja się podjąć tematu, kierują mnie do kolejnych fachowców, żeby tylko pozbyć się problemu, zasłaniając się przy tym brakiem kompetencji. Biegałam od gabinetu do gabinetu. Upłynęło pół roku, zanim prywatnie znalazłam specjalistę z prawdziwego zdarzenia. Moje dziecko w wieku 1,5 rok ważyło tyle ile przeciętne 8-9 miesięczne dziecko (8 kg). Sama skóra i kości. Szczęśliwie lekarka nam pomogła, nie potrafiła postawić trafnej diagnozy, ale jej leczenie przyniosło niesamowite rezultaty! Dziecko odżyło i zaczęło rozwijać się prawidłowo. Niestety ze mną było już tak źle że popadałam w nerwicę i nie byłam wstanie się nim zajmować. Z pomocą przybyła nam teściowa, która zabrała do siebie synka. Ja – tęskniąc za nim bardzo i widując jedynie w weekendy – musiałam wziąć się za siebie i swoje zdrowie. Po kilku miesiącach stanęłam na nogach, maluch wrócił do domu i zaczęliśmy normalnie żyć.

Do czasu…. Pół roku później moje dziecko (tak, cały czas to samo) trafiło do szpitala, gdzie zdiagnozowano u niego rzadką, przewlekłą i nieuleczalną chorobę nerek. Ja tym razem, dzięki ciężkiej pracy nad sobą, przeszłam tą próbę dość gładko. Tygodnie spędzone w szpitalu nie wpłynęły znacząco na moją psychikę.

Nauczyliśmy się żyć z chorobą i regularną hospitalizację. Niestety leczenie (a raczej utrzymywanie chorego w okresie remisji) jest trudne. Nie każdy chory reaguje na dostępne w Polsce leki. W przypadku naszego dziecka, po czwartym rzucie choroby, zdecydowano wprowadzić do leczenia substancję nie dostępna w kraju. Niestety sami musimy sprowadzać lek z za wschodniej granicy.

Pomimo wszystko humory nas nie opuszczają, a naszemu dziecku nie dajemy odczuć że jest chore (czasem tylko złości się że całe życie łyka tabletki). Jeździmy na wycieczki, łazimy po górach, uprawiamy narciarstwo i korzystamy z życia, w miarę możliwości, jak każdy. Synek chodzi normalnie do przedszkola (choć lekarze odradzają) i bawi się z rówieśnikami.

Jak widać nie morduję chorych dzieci i potrafię się nimi zająć, otoczyć opieką i kochać!

W komentarzach pojawiło się pytanie czy obchodzi mnie los chorych dzieci i ich rodzi. Nie do końca rozumiem tego pytania. Zastanowiło mnie jednak ilu z wszystkich krytykujących mnie czytelników faktycznie przejmuje się losem ludzi dotkniętych chorobą? Patrząc na liczby adoptowanych w Polsce dzieci upośledzonych śmiem przypuszczać że nikt! Większość adopcji dokonywana jest przez obcokrajowców.