Odważna czy tchórzliwa?

Egoistka czy altruistka?

Pewna siebie czy wycofana?

Nastawiona na sukces czy na preferująca zwykłe szare życie?

Twardo stąpająca po ziemi czy nie do końca wierząca w swoje możliwości i umiejętności?

W ostatnim czasie próbuje znaleźć odpowiedź na te i podobne pytania.

Jaka naprawdę jestem?

Stosunkowo niedawno zdałam sobie sprawę z faktu, że przez całe życie miałam jakby dwie osobowości. Jedna była „oficjalna” – na pokaz, a druga znana tylko mi – do której nawet przed samą sobą było mi trudno się przyznać.

Myślę, że wynikało to ze sposobu mojego wychowania. Zawsze wszyscy podkreślali jaki ze mnie „Mistrz”. Tak mnie nazywano, oczywiście w dobrej wierze, chcąc w ten sposób podkreślić fakt wsparcia i akceptacji, miała to być recepta na zaszczepienie we mnie dużej pewności siebie i dużego poczucia własnej wartości. Miałam zawsze mieć pewność, że cokolwiek się stanie rodzice będą przy mnie i staną w mojej obronie. Będę dla nich zawsze najlepsza, najzdolniejsza, najładniejsza, najbystrzejsza, najzaradniejsza, naj, naj, naj. Problem polegał tylko na tym, że ja zbytnio do siebie wzięłam to „naj”. W mojej dziecięcej i nastoletniej ocenie miało to oznaczać, że takie są oczekiwanie względem mnie, że taka muszę być. Taka, która nie ponosi porażek, jest we wszystkim najlepsza i potrafi głośno o tym mówić. To dlatego, nigdy nie płakałam (nawet jako dziecko) – to byłaby oznaka słabości. Nigdy się nie zwierzałam, nigdy „nie miałam” żadnych problemów, na nic się nie uskarżałam.

„Mistrzem” byłam do czasu wyjazdu z rodzinnego domu. Na studiach stopniowo zaczęło objawiać się moje drugie oblicze, jednak dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z jego faktycznego istnienia. Coraz częściej zaczęły pojawiać się w mojej głowie pytania jaka jest prawdziwa do_re_mi? Jaka chce być, jaka powinna być, a jaka jest? Zaczęłam poznawać siebie i odkrywać swoje prawdziwe ja.

Do dziś mam problem z mówieniem o swoich problemach i zwyczajnym zwierzaniem się, chociaż coraz częściej otwieram się i opowiadam zaufanym osobą o moich bolączkach. Czasem mam w związku z tym wyrzuty sumienia, rodzaj moralnego kaca, zamykam się w sobie i na jakiś czas izoluję od przyjaciół. Podobnie jest z pisaniem bloga. Kiedy opublikuję zbyt osobisty tekst, a zwłaszcza pokazujący moje słabe strony (np. problemy małżeńskie) mam okropne wyrzuty sumienia. Zastanawiałam się wielokrotnie dlaczego, co sprawia że źle się z tym czuję? Przecież nikt mnie nie zna, nie zidentyfikuje. Doszłam do wniosku, że mam problem z okazywaniem swoich porażek, słabych stron i niepowodzeń. Owszem nikt nie lubi się chwalić takimi rzeczami, mnie jednak przychodzi to niezwykle ciężko.

Cieszę się, że zaczęłam chodzić na spotkania z psychologiem. Na szczęście wizyty takie traktuję bardzo poważnie. Jestem w stanie otwarcie na nich mówić i opowiadać o swoim życiu. To trochę tak, jak idziemy do lekarza i nie wstydzimy się przed nim rozebrać. Traktuję psychologów jak fachowców, którym trzeba zaufać i dzięki temu pomyślnie „uleczyć” problem.

Dzięki rozmowom z psychologiem sporo się o sobie dowiedziałam i nauczyłam sama dochodzić do niektórych wniosków, czy też rozwiązywać problemy związane z moją psychiką. Na pewno zmieniłam się. Zaczęłam otwarcie mówić co czuję, szukać pomocy, a także bratniej duszy. Zaczęłam otwierać się przed innymi i ufać im (czasami niestety przesadnie). Patrzę na ludzi życzliwie, w każdym z nich staram się dostrzec pozytywne cechy. Nie podchodzę do ludzi interesownie, szukam z nimi kontaktu, lubię z nimi przebywać. Przestałam też udawać że jestem idealna, nieomylna i nie mam żadnych problemów. Nie jest łatwo, zwłaszcza walka z egocentryzmem, czy przyjmowanie porażek sprawiają mi problemy, ale staram się. Z drugiej strony mam wrażenie, jakby punk ciężkości zbytnio przeniósł się na drugi biegun. Coraz częściej zapominam o sobie. Mam poczucie, że to co mówią i chcą inni jest ważniejsze od moich potrzeb. Coraz częściej uważam, że inni znają się na wszystkim lepiej ode mnie i zawsze mają rację.

Odkryłam też co to płacz. Już się go nie wstydzę, ba odnoszę nawet wrażenie że go polubiłam i chętnie daję upustu swoim emocjom w taki sposób.

Podoba mi się przemiana jaka we mnie nastąpiła, a raczej jaką wypracowałam. Znacznie lepiej czuje się w takiej „skórze”.

Niedawno zadałam sobie pytanie: Kiedy pewna siebie, odważnie stąpającej po ziemi osoba zaczęła wątpić w swoje siły i umiejętności. Od kiedy chcąca zawojować świat kobieta ma ochotę zaszyć się pod ziemię…? Po czym padło kolejne pytanie: Czy ja faktycznie kiedykolwiek chciałam ten świat zdobywać, czy chciałam być „Mistrzem”?