Próbowałam na jakiś czas zawiesić tematykę mojego małżeństwa i związanych z nim rozterek, ale na długo się nie da. Jakoś ciężko pisać na inne tematy, kiedy człowiek ma ciągły mętlik w głowie, a jego myśli wiecznie krążą wokół jednego.

Cały czas żyję w zawieszeniu, nie wiem co robić – na wszelki wypadek nie robię nic. W domu atmosfera napięta, na przemian z depresyjną, z dominacją „cichych dni”. Codziennie powtarzam sobie, że tak żyć się nie da, zadaję sobie pytanie ile tak wytrzymam, wytrzymamy?

Ostatnio dotarło do mnie, że to JA coraz częściej prowokuję, „stawiam mur” i niejako podkręcam atmosferę. Czemu to robię? Myślę, że dlatego iż sama nie potrafię podjąć jakiejkolwiek decyzji, podświadomie zatem prowokuję jakiś przełom. Chcę żeby bańka w której żyjemy w końcu pękła. Dążę do oczyszczenia atmosfery, do zakończenia tego jałowego, męczącego i wyniszczającego wszystkich stanu.

Z jednej strony nie potrafię odejść, a z drugiej nie robię nic aby uratować to małżeństwo. To nie pierwszy nasz kryzys, choć ten wydaje się najcięższy – przynajmniej dla mnie. Po raz pierwszy bowiem mam poczucie, że nie mam już siły, że się wypaliłam, że nie widzę szansy na zmiany i poprawę. Do tej pory, pomimo wzlotów i upadków, mocno w NAS wierzyłam, byłam pewna NAS i naszej miłości. Zawsze pierwsza wyciągałam rękę i „podnosiłam rzucone rękawice”. Teraz towarzyszą mi jedynie zwątpienie i niemoc. Trudno jest mi w związku z tym podjąć kolejną walkę i zdecydować się na poważny krok, mam tu na myśli profesjonalną terapię małżeńską. Zrobiłam już nawet rozeznanie w ofertach prywatnych gabinetów psychologicznych. Doszłam do wniosku, że poradzilibyśmy sobie zarówno finansowo jak i organizacyjnie, jednak ciągle się waham. Może liczę, na przejęcie w końcu inicjatywy przez męża?

Mam wrażenie, że nasze pretensje i żale zaszły tak daleko, że na obecnym etapie iskrą zapalną do kłótni jest drobnostka, w zasadzie drażnią nas i wyprowadzają z równowagi wszelkie poczynania drugiej strony. Wydaje mi się, że tak daleko zapętliliśmy się w naszych złościach i zarzutach, że zapomnieliśmy o faktycznych przyczynach naszych problemów, przestaliśmy zastanawiać się nad tym, z czego tak na prawdę wynikają nasze nieporozumienia.

Postanowiłam się nad tym skupić. Spróbowałam zebrać i usystematyzować nieco te kwestie. Zadałam sobie w końcu pytanie czy to wystarczający powód do rozstania*. Zaczęłam się bowiem ostatnio zastanawiać, czy to czasem nie jakieś moje fanaberie są powodem naszych kłótni i moich rozterek.

Czy można żyć z człowiekiem który, w niewielkim stopniu angażuje się w wychowanie swoich dzieci? Nie spędza z nimi czasu, nie zabiera na wycieczki, nie zaraża pasjami. Nie bawi, nie rozmawia, nie uczy. Nie odrabia lekcji, nie chodzi na zajęcia pozalekcyjne. Mało tego uważa, że takowe są w ogóle nie potrzebne. Nie traktuje dzieci jako równoprawnych członków rodziny, pełnowartościowych ludzi, z którymi należy się liczyć i których zdania należy słuchać?

Czy normalnym jest ewidentne faworyzowanie jednego z dzieci i nawet otwarte przyznawanie się do tego faktu? Czy starszy z chłopców,  krytykowany i ganiony, a nawet wyśmiewany, rzadko słyszący z ust ojca pochwały czy słowa uznania może czuć się kochanym? Czy wyrośnie na zaradnego i pewnego siebie człowieka? Czy powinnam przejmować się i próbować ingerować w ich wzajemne relacje?

Czy można oczekiwać, że człowiek wychowywany w duchu: ojciec-żywiciel rodziny, matka-Polka zacznie bardziej angażować się w życie rodzinne? Czy będzie nie tylko zasilać konto domowe, ale włączy się aktywnie w sprawne funkcjonowanie rodziny i domu, we wspólne spędzanie czasu wolnego, zainteresuje się koniecznością usunięcia podstawowych usterek w mieszkaniu, bieżącym przeglądem samochodu, koniecznością dokonania podstawowych opłat i spłaty narosłych zobowiązań? Zainteresuje się osiągnięciami i problemami swoich dzieci? Czy to normalne aby tylko kobieta zajmowała się powyższymi sprawami?

Czy można oczekiwać, że człowiek bez pasji i zainteresowań podniesie się kiedyś z kanapy i zaproponuje swojej rodzinie wycieczkę, wyjście do kina, wyjazd na wakacje, czy jakąkolwiek inną aktywność?

Czy ktoś zgorzkniały, o naturze narcystycznej, zamknięty na ludzi przestanie postrzegać innych jako kretynów, ludzi o ograniczonych horyzontach, płytkich, nie wartościowych, nic sobą nie reprezentujących? Czy istniej cień szans, że ktoś taki dostrzeże w otaczającym świecie choć odrobinę radości i pozytywów?

Czy można oczekiwać od męża aby szanował żonę, wspierał ją, nie ubliżał? Czy żona może swobodnie czuć się w swoim domu podczas obecności męża? Czy może bez obaw, że zostanie zrugana i wyśmiana pytać i inicjować rozmowę?

Czy w końcu możliwe jest tworzenie szczęśliwego związku przez ludzi o bardzo odmiennym podejściu do życia i świata? Czy ludzie o całkowicie różnych zainteresowaniach, lubiący inaczej spędzać czas wolny, preferujący inny rodzaj muzyki i filmu, a nawet programów telewizyjnych, przy jednoczesnym nie akceptowaniu i szanowaniu upodobań drugiej strony,  mogą czuć się ze sobą dobrze?

Mam świadomość tego, że moje pretensje i oskarżenia są bardzo subiektywne i być może nawet nieco na wyrost. To tylko i wyłącznie mój punkt widzenia, a każdy z zarzutów mógłby zostać odparty przez mojego męża. Jestem pewna, że i on nosi w sobie podobne „zestawienie” zarzutów dotyczące mojej osoby. Problem polega jednak na tym, że nie potrafimy spokojnie ze sobą rozmawiać. Nie mamy zatem szansy poznania listy wzajemnych pretensji. Wydaje się więc, że jedynym miejscem na podjęcie dialogu pozostaje gabinet psychoterapeuty.

Nie chciałabym jednak, aby terapia sprowadziła się tylko i wyłącznie do wyrzucenia z siebie swoich żali i wzajemnych oskarżeń. Bardzo zależałoby mi na porządnym przepracowaniu wszelkich trudnych tematów, doszukaniu się ich przyczyn, wspólnym zastanowieniu się nad możliwością odbudowy i naprawy. W końcu na wyrugowaniu wszelkich patologii i nauczeniu się żyć wspólnie na nowo, zapewne inaczej. Ma świadomość, że wiąże się to z ciężką i mozolną pracą nie tylko wspólną ale także każdego z nas z osobna.

Może istnieje jeszcze nadzieja i ciężką pracą na terapii małżeńskiej da się to wszystko odbudować?

 

*Zwykle staram się nie oceniać, nie wchodzić w szczegóły, szanować uczucia i prywatność osób, których dotyczy wpis, jednak tym razem ciężko było zachować tę cienką granicę.