Odkąd zostałam matką często przerabiam w głowie temat relacji rodzic-dziecko. Zastanawiam się, pewnie jak każdy rodzic, jak mądrze wychować swoje dzieci, jakich błędów nie popełnić, jak postępować aby w przyszłości mieć dobre relacje z dorosłymi już synami.
Często wracam myślami do swojego dzieciństwa i tam szukam odpowiedzi na wiele pytań, wyciągam wnioski ze sposobów wychowywania mnie przez rodziców, tego jak byłam traktowana.

Uważałam, że mam świetnych rodziców, a relacji z nimi może pozazdrościć mi bardzo wielu ludzi. Rodzice poświęcali mi mnóstwo uwagi, dbali o mój rozwój intelektualny, sportowy i kulturalny. Nigdy niczego mi nie brakowało, dostawałam wszystko o czym zamarzyłam. Jak na czasy PRL-u i późniejszych przemian moim rodzicom powodziło się nie najgorzej, dlatego stać ich było na opłacanie moich kursów, wycieczek, przyjemności. Pewnie byłam rozpieszczana, ale wydaje mi się, że w granicach rozsądku. Nigdy nie byłam rozkapryszonym dzieciakiem, który próbował wymuszać coś na rodzicach. Przyznaję – wiedziałam że tato nigdy mi niczego nie odmówi, ale z drugiej strony starałam się tego nie nadużywać. Bardzo szanowałam rodziców i doceniałam za wszystko co dla mnie robili.

Co jednak najistotniejsze, oprócz dóbr materialnych dostawałam od rodziców masę ciepła, miłości i wspólnie spędzanego czasu. Zawsze mogłam na nich liczyć, nauczyli mnie bardzo pożytecznie spędzać wolne chwile. Jako nieliczne dziecko z okolicy każdy zimowy weekend spędzałam na nartach, wiosną i latem jeździliśmy na rowerach, żeglowaliśmy po Jeziorach Mazurskich, bardzo szybko tato nauczył mnie pływać, chodziliśmy po górach, graliśmy w tenisa. Rodzice starli się regularnie zabierać mnie na wycieczki i pokazywać ciekawe miejsca.

Nie uczono mnie grania na instrumentach muzycznych, nie chodziłam na balet, nie starano się zaszczepić we mnie zamiłowania do sztuki, literatury i jeszcze wielu innych dziedzin. Nie mam do nikogo o to pretensji, każdy daje drugiemu to co potrafi, co lubi, w czym się odnajduję. Ważne że to robi. Mnie zaszczepiono zamiłowanie do sportu i podróży. Jestem rodzicom bardzo wdzięczna za to, że podarowali mi swoje pasje i zainteresowania, które z czasem stały się i moim hobby.

Rozmyślając na temat rodziców doszłam również do wniosku, że sposób w jaki mnie wychowywali ma paradoksalnie i negatywne przełożenie na moje obecne funkcjonowanie. Jestem (byłam?) z nimi tak silnie emocjonalnie związana, że ciężko jest mi odnaleźć się bez nich w życiu dorosłym. Jeszcze do niedawna konsultowałam z mamą liczne zakupy, decyzje, wybory. Poglądy i oceny, zwłaszcza mojej mamy, były dla mnie bez dyskusyjne i ślepo powielane. We wszelkich sporach z mężem zawsze zaciekle broniłam moich rodziców i ich stanowiska. Zawsze ich usprawiedliwiałam, nawet wtedy kiedy nie chcieli nam pomóc przy dzieciach bo właśnie mieli inne pile sprawy typu wycieczka, grill, odwiedziny koleżanki, czy pielenie w ogródku.

Nie tak dawno dopiero zaczęłam dostrzegać, że ja jestem dorosłą, samodzielną, niezależną osobą, która ma WŁASNĄ RODZINĘ i powinna żyć własnym życiem. Odciąć w końcu pępowinę!

Zapewne ta silna więź, rodzaj uzależnienie, wzięły się stąd że nigdy nie chciałam zawieść rodziców. Od najmłodszych lat chciałam sprostać ich oczekiwaniom. Miało to związek z moją starszą siostrą, która była raczej trudnym dzieckiem, przysparzającym rodzicom licznych zmartwień. Ja dlatego, bardziej lub mniej świadomie, postanowiłam że będę inna, grzeczna i posłuszna, nie sprawiająca żadnych problemów. Postępowałam zatem zawsze tak, jak mi się wydawało że oczekiwali tego ode mnie rodzice. Nikt nigdy nie wymagał ode mnie takiego zachowania, nigdy nie padały jakiekolwiek oczekiwania i nakazy, ale ja bałam się że jeżeli nie okaże aprobaty dla planów i decyzji rodziców to zrobię im tym samym przykrość.

Inną sprawą, która sprawiła że ciężko jest mi się odnaleźć w dorosłym życiu jest fakt, że jako dziecku nie stawiano mi zbyt często wyraźnych granic. Ze wszystkiego byłam wyręczana, dostawałam wszystko bez większego wysiłku. Zawsze miałam pewność że cokolwiek się stanie rodzice mi pomogą, znajda rozwiązanie w trudnej sytuacji. Nie byłam uczona walki o swoje, tego że jest czasem źle, a czasem dobrze. Jako dziecko i nastolatka nigdy nie miałam żadnych zmartwień, wiedziałam że cokolwiek się stanie rodzice zawsze stanął po mojej stronie i nawet specjalnie nie zganią.

Po latach okazuje się, że życie nie jest takie cukierkowe i beztroskie. Życie to walka o swoje, gdzie trzeba zmagać się z wieloma trudnościami i problemami. Okazuje się, że nie zawsze można zadzwonić do taty po pomoc, a mąż to nie drugi ojciec. Nie rzuca wszystkiego, nie staje na głowie żeby zaspokoić moje potrzeby. Długie lata miałam pretensje do świata i otaczających mnie ludzi, oskarżałam wszystkich o to, że jest mi źle, że jestem niesprawiedliwe traktowana, że los czasem okrutnie się ze mną obchodzi. Dopiero stosunkowo niedawno dotarło do mnie, że to ja – chowana pod kloszem – jestem nieodpowiednio przygotowana do funkcjonowania w dorosłym życiu. A napotkane przeze mnie trudności nie są czymś wyjątkowym i specjalnie okrutnym. To jest zwyczajne życie, którego doświadczają wszyscy.

Postaram się nie popełnić błędów moich rodziców w ciężkim zadaniu wychowywania własnych dzieci. Nie jest to łatwe, bo mam takie, a nie inne wzorce. Długi czas wręcz dążyłam do tego aby w identyczny sposób postępować z moimi synami. U starszego z chłopców dostrzegam już identyczne zachowania jak u siebie, choćby to że boi się sam podejmować decyzje i patrzy na mnie jakby szukał podpowiedzi ewentualnie akceptacji w moich oczach. Zawsze mówi „nie wiem, ty powiedz”.

Bardzo chciałabym mieć dobry kontakt z synami w przyszłości. Chciałabym żeby mieli świadomość że zawsze mogą na mnie liczyć, że zawsze im pomogę, wesprę. Chciałabym jednak również, aby moi chłopcy żyli własnym życiem, a nie moimi ambicjami, żeby potrafili dokonywać własnych wyborów bez poczucia winy (że mama pewnie chciała inaczej), żeby przy podejmowaniu decyzji myśleli o swoich potrzebach, a nie tym czego wolałaby mama.

Kwestię nauki chłopców twardego stąpania po ziemi wymusiło na mnie życie. Choćbym chciała nie jestem wstanie zapewnić dzieciom wszystkiego o czym zamarzą. Daję jednak dużo, czasem może za dużo, bo podobnie jak mój tato sama sobie odejmę od ust po to żeby zafundować coś synom. Moi chłopcy jednak są uczeni że nie ma niczego za darmo, że bardzo często trzeba sobie wiele przyjemności odmawiać, że na wiele rzeczy trzeba czasem dłużej poczekać. To jednak w dużym stopni efekt moich możliwości finansowych, a nie wpojonych zasad.