„Życzę ci żeby się poukładało między wami”, „Trzymam kciuki oby wam się udało” „Obyście wytrwali”, „Walczcie” i wiele podobnych komentarzy regularnie pojawia pod moimi wpisami. To bardzo krzepiące, dodające nie tylko otuchy ale zachęcające do działania. Bardzo wszystkim za nie dziękuję.

Z drugiej strony, kilka dni temu na jednym z blogów przeczytałam wpis, który przykuł moją uwagę, w jakimś stopniu utwierdził mnie w przekonaniu, że moje dylematy małżeńskie nie są nienaturalne, złe, „grzeszne”.

Była tam mowa, o tym, że bezsensem jest tkwienie w związku za wszelką cenę, tylko dlatego że się ślubowało się „nie opuszczę aż do śmierci”.

Czytając tamta witrynę miałam przed oczami moje małżeństwo, które na obecnym etapie jest nie tylko w rozsypce, ale właśnie destrukcyjnie wpływa na zaangażowane strony (w tym także na dzieci).

Coraz częściej łapię się na tym, że nie mam siły już walczyć. Nie widzę sensu, nie widzę szans na zmianę, naprawę. Myślę sobie że nasze drogi już tak bardzo się rozeszły, że nie da się już tego wszystkiego posklejać, nie mówiąc już o powrocie do dawnych relacji. Mam wrażenie że tak siebie nawzajem drażnimy, że nie dostrzegamy w drugim człowieka ciepła, przyjaźni, dobroci, jakichkolwiek pozytywnych cech. Jedna strona irytuje drugą. Staramy się spędzać jak najmniej czasu razem, bo wiemy że przebywanie w swoim otoczeniu dłużej niż to konieczne skończy się awanturą z wulgaryzmami, epitetami i poniżaniem. Wydaje mi się, że wyrwa powstała miedzy nami jest tak ogromna, że ciężko będzie odbudować nasze relacje choćby do poziomu poprawnych, pokojowych, nie mówiąc już o etapie zakochania, podziwu, szacunki i uznania.

W ostatnim okresie coraz mniej rozpaczam i wybucham. Częściej za to zamyka się w sobie, nie reaguję, a przytyki m. nie robią na mnie wrażenia, może nie są obojętne, ale już tak nie bolą. Myślę, że to oznaka mojego wewnętrznego wypalenia, braku woli walki, może podświadomego przygotowywania się do rozstania. 

Ponownie powraca pytanie co nie pozwala mi odejść. Z ostatniej wyliczanki aktualne są dwa punkty: Strach przed nieznanym i wspomnienia. Wspólne przeżycia, pewnie jak każda para, mamy cudowne i za każdym razem kiedy sięgam do nich pamięcią to łza w oku się kręci. Doszłam kilka dni temu do wniosku, że to już niestety tylko wspomnienia. Facet, który mieszka ze mną pod jednym dachem to nie ten sam człowiek, z którym byłam 5-10-15 lat temu. Ja chcę tamtego, to tamtego kochałam i z tamtym byłam szczęśliwa. Obecny jest mi zupełnie obcy, nie mój, nie ten, z którym brałam ślub. Podejrzewam, że mój mąż podobnie patrzy na mnie i próbuje wytrwać w naszym związku z tych samych powodów. Ja też przecież się zmieniłam i z pewnością kiedyś byłam dla niego dużo bardziej atrakcyjna.

A strach. Nie raz myślałam o tym jak będzie mi się żyło w pojedynkę. Coraz mniej się tego boję, ba nawet sobie myślę że będzie lepiej! Nie będzie kłótni, awantur, a ja nie będę musiał się na nikogo oglądać, nikogo bać. Nikt nie będzie mnie poniżał, wyzywał i winił za wszystkie przeciwności losu, nie będę bała się bardziej reakcji własnego m. niż konsekwencji popełnionego błędu, czy dokonanego wyboru. Nikt nie będzie traktował moich dzieci jak rekrutów w wojsku bez prawa głosu i decydowania o sobie, choćby w minimalnym zakresie.

Nie wiem co będzie i jak będzie. Za tydzień spotkanie w poradni małżeńskiej. Oboje bardzo na nie czekamy (bez tego nie jesteśmy wstanie rozmawiać), ale czy czasu wystarczy podczas tak krótkiej sesji?

Ale wcześniej… paradoksalnie… mój mąż zabiera mnie do kina. Nawet o opiekunkę zadbał.