Jeszcze kilkanaście tygodni temu miałam wrażenie, że moje małżeństwo najgorsze chwile ma już za sobą. Wraz z M. przeżywaliśmy renesans naszego małżeństwa, chodziliśmy na randki, podrywaliśmy się i okazywaliśmy sobie zainteresowanie. Czułam, że po raz drugi zakochałam się w moim mężu, przestałam zauważać jego negatywne cechy, znowu zaczął być dla mnie mnie ideałem, ze zrozumieniem podchodziłam do jego potrzeb czy pasji. Ta idylla trwała niespełna 3 miesiące. Od paru tygodni znowu zaczęłam cieszyć się jego nieobecnością, przestałam wyczekiwać z utęsknieniem jego powrotów, zaczęła drażnić mnie jego obecność, coraz częściej dochodzi do spięć i awantur. Powrócił stary scenariusz, burczymy na siebie, wolimy czas spędzać osobno, najlepiej z daleka od siebie, irytują nas nasze słowa, wręcz alergicznie na siebie reagujemy!

Kwestię rozstania wałkowaliśmy już wcześniej, nie raz pojawiała się w naszych (najpierw) żartach, później kłótniach i poważnych rozmowach. Nigdy jednak nie zdecydowaliśmy się na ten krok, dlaczego…? No właśnie… Kwestie dzieci, finansów i kredytów przerobiliśmy. Wiemy już że dałoby się te obszary zgodnie i wspólnie poprowadzić.

Zatem co nas przy sobie trzyma i co nie pozwala odejść?

Z przytoczeniem powodów do rozstania nie mam najmniejszych problemów. Począwszy od kwestii wychowywania dzieci, podejściu do ludzi (ale także siebie samego), potrzeb życiowych, na zainteresowaniach i sposobie spędzania wolnego czasu kończąc.

Momentami jestem zdecydowana odejść, rozpocząć życie w pojedynkę, ale za moment mięknę. Nie wyobrażam sobie życia… no właśnie bez M. czy w samotności? Czy ja jestem z nim z miłości czy z przyzwyczajenia? Trzymam go przy sobie bo mi na nim zależy czy z obawy że znajdzie sobie kogoś innego?

Coraz częściej wydaje mi się że ja tak bardzo chcę być szczęśliwa i kochana, że za wszelka cenę próbuje zobaczyć w moim mężu wyobrażenie swojego ideału, kogoś kim on nigdy nie będzie. Nie będzie, nie dlatego że jest złym, wrednym, nie czuły człowiekiem, tylko dlatego że jest inny, nie spełniający moich oczekiwań.

W głębi serca dobrze życzę mojemu mężowi, jest mi bardzo bliską osobą. Uważam go za mądrego i wartościowego człowieka. Wydaje mi się jednak, że nasze małżeńskie waśnie zaszły już tak daleko, że duma i złość nie pozwalają mi  docenić i otwarcie dostrzec jego dobra i pozytywnych cech. Coraz częściej nie widzę też szans na uratowanie naszego związku.

Paradoksalnie, kiedy kwestia wyprowadzki męża wypływa od niego ja zaczynam się wahać, wycofywać, nie jestem już tak pewna tego co jeszcze przed chwilą mnie nurtowało, nie dawało spokoju.

Dlaczego?

1. Przede wszystkim strach. Najzwyczajniej boje się życia w pojedynkę. Tak pod względem organizacji życia jak i emocjonalnym.

2. Przeszłość. Żal jest tych wszystkich wspólne lata, masy przeżyć i cudownych chwil spędzonych razem.

3. Może to wydać się śmieszne, ale nie jest mi obojętny los męża. Gdzie się podzieje, jak będzie funkcjonował. Pewne jest że będzie żył kontem u kogoś lub w wynajętym mieszkaniu. To trochę niesprawiedliwe…

4. Dzieci. To że my będziemy zgodni w tym temacie jest pewne, ale jak one zareagują na nasze rozstanie?  Co będę przeżywać? Jak to się odbije na ich psychice?

5. Chyba najtrudniejsza i najistotniejsza kwestia. Nasze uczucia. Czy my się kochamy? Ja cały czas stoję na stanowisku że TAK. Kocham go, nawet bardzo. Zaraz jednak pojawiają się pytania czy oby na pewno, czy to może tylko przyzwyczajenie, strach, potrzeba bycia akceptowaną i kochaną. Jest przecież tyle obszarów, w których się nie zgadzamy, tyle żali, pretensji, obelg…

„Kocham cię, ale nie jestem szczęśliwy” – tak widzi nasze małżeństwo M. i chyba słowa te oddają wszystko…