Zwykle nie wiemy kiedy i w jaki sposób życie nas zaskoczy. Ja od lat wychodzę z założenia, że po „latach tłustych” zwykle nadchodzą „lata chude” i na odwrót. W związku z tą teorią należało się spodziewać, że moje szczęśliwe, dostatnie i poukładane życie zostanie zachwiane. Nie spodziewałam się tylko że tak mocno i na tak długo.

Mając stabilna pracę, mieszkanie, kochającego męża, upragnione zdrowe dziecko zapragnęłam kolejnego potomka. Zanim jednak doszło do jego narodzin należało zakupić nowe, większe mieszkanie bo dotychczasowe było za małe na 4 osobową rodzinę. Jako że mój mąż świetnie zarabiał bez problemu dostaliśmy kredyt na kolejne własne „m”, mieliśmy spore oszczędności, które pokryły wykończenie i umeblowanie nowego lokum.

Kiedy szczęśliwi i beztroscy kończyliśmy wykańczanie mieszkania, oczekując narodzin naszego drugiego syna, na świecie rozpoczynał się właśnie kryzys gospodarczy. W przeciągu kilku tygodni dotknął również nas. Mąż stracił pracę, najpierw w jednej, a za moment w drugiej firmie… Zamiast cieszyć się nowym mieszkaniem i zbliżającym się porodem my gorączkowo szukaliśmy oszczędności, wertowaliśmy ogłoszenia i rozsyłaliśmy aplikację.

W okresie tym, po raz pierwszy tak wyraźnie ujawniła się moje roszczeniowa postawa wobec świata. Oczekiwałam, że mąż natychmiast znajdzie jakieś zajęcie, nie wyobrażałam sobie życia poniżej pewnych standardów. Uważałam że M. nie stara się wystarczająco i jest wybredny w ofertach, że nie wysyła wystarczająco dużo podań, a nawet że źle je pisze. Dochodziło na tym tle do kłótni i awantur. Ja zamiast wspierać go, pozytywnie motywować i podtrzymywać na duchu wiecznie go krytykowałam i obwiniałam za wszelkie niepowodzenia.

Moje zachowanie można było zrzucić wówczas na karb buzujących hormonów. Dodatkowo byłam przykuta do łóżka, bo ciąża była zagrożona. W domu panował armagedon. Ja – sfrustrowana ciężarna, żywy rozbrykany trzylatek, mąż na skraju depresji i wizytująca, pomieszkująca z nami teściowa (oj tej to się ode mnie dostało wówczas, aż się bała później przyjeżdżać). Moje emocje sięgały zenitu, atmosfera w domu iście wybuchowa… Byliśmy z mężem już tak skłóceni że wydawało mi się że nie będzie go podczas porodu. Oczywiście był ze mną cały czas, był bardzo zdziwiony kiedy wspomniałam o moich wątpliwościach.

Mijały kolejne miesiące, a mąż nadal był bez pracy. Ja w dalszym ciągu „ciosałam mu kołki na głowie”, za wszystko obwiniałam, nie wspierałam, a kiedy on próbował przedstawić jakiś pomysł na swoje przyszłość zawodową, ja z pogarda podchodziłam do jego planów, zniechęcałam i wyśmiewałam. Nie wykazywałam zrozumienia dla jego wizji, nie chciałam nawet słuchać…

Zaczęliśmy wpadać w długi, niepopłacone rachunki, podatki, ZUS-y, za czasem zaczęli odzywać się wierzyciele, kilka razy komornik wszedł mi, na i tak skromne, pobory. Nie wiem jakim cudem udawało nam się bez żadnej zwłoki spłacać kredyty mieszkaniowe. Ja, roztaczające jeszcze kilka miesięcy wcześniej wizje o tym jak to będę miała panią do sprzątania i będę przebywać na urlopie wychowawczym, po 4 miesiącach macierzyńskiego musiałam wrócić do pracy. Szybko też musiałam przestawić się na skromne życie bez wakacji, wyjazdów na narty, chodzenia do restauracji i na dodatek ze sporymi długami…

Mąż w sumie blisko rok był bez pracy, kiedy ją w końcu znalazł, nasza sytuacja finansowa w cale nie uległa znaczącej poprawie. Narosłe długi odczuwamy i spłacamy do dziś, a nasze dochody są o połowę niższe niż w okresie prosperity.  Co najistotniejsze – na naszym małżeństwie wyryta została olbrzymia rysa. Wypowiedziane wówczas krzywdzące słowa i wykrzyczane pretensje będą przytaczane później regularnie, a ich konsekwencje staną się bardzo bolesne dla nas obojga.