Dlaczego w okolicach czwartku, kiedy to z niecierpliwością wyczekuje weekendu, zawsze czuję zdenerwowanie, robię się spięta, „jeżę się” na każdy gest i słowa domowników, zaczynam nerwowo reagować na otoczenie, krzyczę i wybucham z byle powodu, zaczyna bolec mnie całe ciało?

To nie nowe spostrzeżenia, tak wygląda moje życie od paru lat.

Kiedy odkryłam cykliczność moich zachowań i odczuć zaczęłam szukać przyczyny takiego stanu rzeczy. Wielokrotnie przeprowadzana „burza mózgów” za każdym razem sprowadza się do wniosku, że: to mąż jest powodem mojego niepokoju! To świadomość, że mam z nim spędzić całe 2 dni wywołuje u mnie coś w rodzaju paniki!

Sobota rano to zazwyczaj apogeum moich frustracji. Okropnie się wówczas męczę, jestem wybuchowa, czepiam się wszystkiego i wszystkich, mam wrażenie że lada moment moje ciało rozpadnie się na drobne kawałki. Z upływem dnia napięcie ze mnie schodzi, uspokajam się, opanowuje emocje, staram się wyluzować. Niedziela jest nieco lepsza, pojawiają się chwile, w których zaczynam cieszyć się weekendem.

Nie chcąc pogodzić się z takimi wnioskami, za wszelka cenę szukam innych powodów, które mogły by być podłożem mojego napięcia nerwowego. Zaraz pojawia się ich cała lista: sprzątanie, pranie, gotowanie i przygotowywanie posiłków na nadchodzący tydzień (w tygodniu nie mam czasu na stanie w kuchni) oraz użeranie się z dziećmi (momentami). Wychodzi na to, że weekend, który służy ludziom do odpoczynku, ja spędzam na praniu, sprzątaniu i gotowaniu. Weekend, na który tak czekam z myślą, że odsapnę, wyśpię się, zrelaksuję jest dla mnie w rzeczywistości utrapieniem, czasem kiedy zasuwam i nie mogę (nie potrafię) odpoczywać.

Zadaję sobie zatem dodatkowe pytanie, czy mając to wszystko na głowie, jednak spędzając dni wolne bez męża, nadal czułabym takie zdenerwowanie i niepokój przed nadchodzącym weekendem???

Otóż… NIE!

Kiedy zdarzają się dni, które spędzam sama (z dziećmi), czuję coś w rodzaju radości, ulgi. Jestem… zadowolona? Weekend, pomimo wszelakich obowiązków i prac bieżących upływa mi bardzo spokojnie. Mam czas nie tylko na sprawy domowe, ale także na to, żeby pobawić się z dziećmi. Wszystko robione jest na luzie i bez żadnego napięcia. Pomimo że jestem sama radzę sobie dużo sprawniej. Mało tego, każdy weekend bez męża spędzam z dziećmi w jakiś nietypowy sposób. Dostaję wówczas „powera” – organizuję wycieczki, atrakcje, wyjścia. Czas spędzamy beztrosko!

Pomimo, że znam już powód moich około weekendowych frustracji wcale nie czuję się z tym dobrze. Ciągle nurtuje mnie pytanie dlaczego tak się dzieje? Dlaczego mąż wywołuje u mnie tak silne emocje? Nie chce żeby tak było. Kocham go, zależy mi na naszym małżeństwie i chcę żebyśmy byli szczęśliwi. Nie chcę się tak czuć, a jednak nie wiem co mogłabym zrobić żeby to zmienić. Gdzie tkwi problem, w nim? we mnie? Pewnie po trosze w każdym z nas, w naszych charakterach, potrzebach, w końcu w naszych małżeńskich problemach i doświadczeniach (często trudnych i bolesnych)…

Tymczasem