Szczęśliwą parą byliśmy przez kolejne lata. Na studiach uczęszczaliśmy razem prawie na wszystkie  zajęcia, nawet prace magisterskie pisaliśmy u jednego promotora. Na 4 roku zamieszkaliśmy razem. Pod koniec studiów zaczęliśmy coraz częściej rozmawiać o wspólnej przyszłości i planach. Pamiętam, jak dziś, nasze spacery oraz rozmowy o wspólnych marzeniach i szczęśliwej wizji nadchodzących czasów. Byliśmy bardzo szczęśliwi – kończyliśmy studiach, a świat stał dla nas otworem! Praktycznie we wszystkim się zgadzaliśmy. Dobrze wiedzieliśmy czego chcemy, a nasze oczekiwania od życia wcale nie były zbyt wygórowane. Oboje mieliśmy plany pisania doktoratów i zaangażowania się w prace naukowe. Oczywiście ja bardzo chciałam mieć dzieci więc tak wszystko zaplanowałam żeby dało się pogodzić i pracę, i karier, i potomstwo. Po obronie magisterki życie pomału zaczęło weryfikować nasze marzenia, a wejście w prawdziwą dorosłość kazało nam coraz częściej zmierzać się z realiami prawdziwego życia.

Chcąc jak najszybciej się usamodzielnić zarzuciliśmy nasze plany naukowe, które bardzo ciężko było godzić z praca zawodową. Nie potraktowaliśmy tego jako porażki. Nasze cele uległy zmianie, chcieliśmy jak najszybciej wziąć ślub, kupić mieszkanie, mieć dziecko.

Tamten okres wspominam chyba najlepiej ze wszystkich momentów w naszym związku. Te 2-3 lata był beztroskie! Praktycznie żadnych problemów, mnóstwo czasu tylko dla siebie, nadal wiele planów, pierwsze własne pieniądze i w zasadzie niewiele wydatków, żadnych zobowiązań. Pamiętam jak jeździliśmy sobie na zakupy do supermarketów z plecakami, i wracaliśmy z tobołami po 3-4 godzinach. Wieczorami jeździliśmy rowerami, albo chodziliśmy na spacery. Nigdzie się nie spieszyliśmy, wspólnie gotowaliśmy i sprzątaliśmy. Jak jedno z nas gdzieś wyjeżdżało mocno za sobą tęskniliśmy. Bardzo rozpaczałam kiedy mąż (już po ślubie) pojechał do Londynu zarobić na wkład własny na mieszkanie. Płakałam chyba przez 2 tygodnie, później jakoś przywykłam do rozłąki. Przez te 2 miesiące dzwoniliśmy do siebie codziennie i rozmawialiśmy przez godzinę.

Ślub był spełnieniem moich marzeń. Wówczas niczego bardziej nie byłam pewna niż tego, że to jest facet, który daje mi poczucie szczęścia i chcę spędzić z nim resztę życia. Podczas ceremonii w kościele byłam tak zdenerwowana i wzruszona że nie byłam wstanie wypowiedzieć słów przysięgi. Stwierdzenie „ślubuję ci… uczciwość małżeńską” nie przeszło mi przez gardło….

Rok po ślubie zaszłam w ciąże. Mąż był bardzo szczęśliwy, mocno angażował się we wszystkie sprawy związane z ciążą, porodem, wyprawką. Chodziliśmy razem do szkoły rodzenia, wybieraliśmy wspólnie wózek, ubranka, organizowaliśmy pokój, mąż asystował mi przy porodzie. Kiedy pół roku później wróciłam do pracy to mąż zajmował się dzieckiem. Byłam nawet zazdrosna, bo przez jakiś czas miał lepszy kontakt z synem niż ja. M. nie tylko zajmował się synem, mocno angażował się także w sprawy domowe. Codziennie miałam zrobiony obiad kiedy wracałam z pracy, a wieczorami miałam robione zakupy. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na spacerach, później także w trójkę na wycieczkach rowerowych.

W okresie tym zaczęły pojawiać się pierwsze poważniejsze spięcia między nami. Wówczas nie zaprzątałam sobie nimi głowy, ale z czasem okazało się że problemy te będą powracać, przybiorą na sile i będą obecne w naszym życiu cały czas. Spieraliśmy się głównie o pracę, podejście do niej i nasze ambicje zawodowe. Ja pracowałam na etacie, w stabilnej dużej firmie gdzie pójście na urlop macierzyński i wychowawczy nie był dla nikogo problemem. Mąż jednak nie pozwolił mi zrobić sobie dłuższej przerwy w pracy, argumentując to nie kwestiami finansowymi (te były drugorzędne) ale obawa przed utrata pracy jako konsekwencją pójścia na urlop wychowawczy. Nie przyjmował do wiadomości, że jest to normalna praktyka w mojej firmie i że jeszcze nikt nikogo z tego powodu nie zwolnił. Z drugiej strony mąż zarzucał mi, że musi siedzieć w domu i nie może robić kariery zawodowej. On w tamtym okresie był zatrudniony na etacie, ale mógł pracować w domu, miał także działalność gospodarczą która także nie kolidowała z pozostałymi obowiązkami. Wielokrotnie proponowałam że pójdę na urlop wychowawczy, albo chociaż przejdę na pół etatu żeby on mógł się realizować zawodowo. Nie, on nie przyjmował takiego scenariusza.

Kolejną kwestią było moje lekceważące podejście do jego pracy. Uważałam że jest ona zbyt mało ambitna, że to firma „krzak”, że on robi sporo szumu wokół tego tematu, a tak naprawdę firma (jedna i druga) jest niestabilna i mało poważna, a on nic tam nie robi. Coraz częściej go wyśmiewałam, nie mobilizowałam, wręcz „podcinałam skrzydła” , zniechęcałam. Nie wspierałam go w jego działaniach!

c.d.n