Temat mojego małżeństwa będzie się za pewne wielokrotnie pojawiał na blogu. Jest to zarówno ważna, jak i bardzo burzliwa sfera w moim życiu. Od kilku lat wiele się dzieje na tym polu i niestety przeważają negatywne zjawiska a tych radosnych chwil jest jak na lekarstwo…

Męża znam od 15 lat. Poznałam go pierwszego dnia studiów. O dziwo wówczas zrobił na mnie okropne wrażenie, patrzyłam na niego jak na zarozumiałego bufona, wręcz w duchu go wyśmiałam. Prezentował kompletnie inny sposób bycia niż ja preferowałam (i nadal preferuję). On: glany, punkowe spodnie, okulary lenonki, nie ostrzyżony, przemądrzały i za wszelka cenę chcący zwrócić na siebie uwagę. A ja? Lubiąca facetów raczej skromnych, wysportowanych, wystrzyżonych i ubierających się w sieciówkach czy na sportowo, ale broń Boże nie reprezentujących jakiejkolwiek subkultury.

Dość szybko okazało się jednak, że nasze drogi coraz częściej się schodzą. Wspólne zajęcia na uczelni, regularne imprezy, spotkania itp. Po pół roku okazało się że świetnie nam się ze sobą rozmawia i na większości imprez bawimy się razem. Przed walentynkami spytał mnie czy byśmy ich wspólnie nie spędzili. Tak się wystraszyłam że kategorycznie się sprzeciwiłam, powiedziałam że nie ma mowy i żeby więcej do tego tematu nie wracał. Ok. może świetnie nam się ze sobą rozmawia, ale nic poza tym! Mijały kolejne dni a ja nie potrafiłam o nim zapomnieć, brakowało mi spotkań z nim, naszych rozmów i wygłupów. Kiedy spytałam kumpeli co mam robić, ona doradziła, abym zaryzykowała jeśli jest choćby jedna rzecz która mi się w nim podoba („Spróbuj! Przecież nic nie tracisz, zawsze można się wycofać”) W momencie, kiedy zauważyłam, że on podejmuje próby umówienia się z inną dziewczyną coś w mnie drgnęło. Po 2 tygodniach od walentynek zadzwoniłam do domu jego rodziców (gdzie pojechał na weekend) i poprosiłam żeby wrócił w niedzielę trochę wcześniej, żebyśmy się spotkali bo chce z nim porozmawiać. Umówiliśmy się w parku*, pomimo że był koniec lutego świeciło piękne słońce i było ciepło, nadchodziła wiosna, wszystko budziło się do życia, także nasza miłość…

Na dziś nie jestem wstanie napisać nic więcej. Wspomnienie są tak silne, że emocje wzięły górę. Nie potrafię opanować łez…

*Park w którym spotkaliśmy się po raz pierwszy będziemy później odwiedzać regularnie, po kilku latach w nim zamieszkamy, codziennie będziemy przychodzić do niego na spacery z pierwszym synkiem…